anima-i-animus blog

Twój nowy blog

3 lata

2 lata

13 komentarzy

Dawno już nie miałam motyli w żołądku. Może dzisiaj zaczną spadać gwiazdy…

Czary mary

1 komentarz

Wszystko, czego dotknę zamienia się w puzzle, zagadki, ślepo-uliczkowe zakręty. Nie na darmo piszą mi w horoskopach, że idealny zawód dla mnie to detektyw, psycholog i pisarz. Czas wreszcie potraktować układy planet poważnie. Wszak kilka lat temu przepowiedziano mi wyjazd do USA. Nadal mam zapiski z sesji astrologicznej. Już dawno do nich nie zaglądałam. A chyba, dla własnego dobra, powinnam.

Ściska mnie w środku, tak między żołądkiem a sercem, ściska za każdym razem, gdy wysiadam z AirTrain i wychodzę na którykolwiek z terminali, pierwszy czy czwarty, z innymi nie miałam do czynienia, pomijając służbowe wyprawy na Florydę, do Teksasu czy Nevady. Zatem ściska mnie w środku, to jak odruch bezwarunkowy, bo lotnisko kojarzy mi się z moimi wyjazdami, czyimś przyjazdem lub odjazdem, wszystkie sytuacje szalenie emocjonalne, wywołujące radość, smutek, wszystkie prawie jednakowo stresujące. M. poleciała dzisiaj do Polski na dwa miesiące. M. i jej synek, który do ostatniej chwili nie zdawał sobie sprawy z tego co się dzieje, rozpłakał się dopiero wtedy, gdy musiał puścić dziadkową dłoń i pójść tylko z mamą w stronę gate’u. Ale zaraz potem zainteresowały go taśmy regulujące kolejkę do security check point, samoloty, które dostrzegł przez duże szyby terminalu i potencjalni koledzy, podróżujący tym samym samolotem. W drodze powrotnej do domu wstąpiliśmy ze słomianym wdowcem jeszcze na drinka do irlandzkiego baru, co po wczorajszym wieczorze i dwóch butelkach znakomitego merlota i zjazdem około drugiej nad ranem, wydawało się na pierwszy rzut oka próbą samobójczą, a okazało się zbawiennym remedium do momentu, w którym Francuzka – barmanka zaoferowała tequilę. Zatem M. poleciała, nie mam jeszcze pojęcia, jak będą wyglądały moje wieczory bez niej. Nie mam pojęcia, jak będą wyglądały jego wieczory, ale wiem, że będę się źle czuła w roli strażnika i kapusia, chyba mi się to nie uda, tylko po czyjej teraz stawać stronie? Nie przyznam się jej, że byliśmy w irlandzkim pubie, ale na pewno powiem, że on co chwila patrzył na zegarek i zastanawiał się głośno, gdzie teraz jest samolot i czy mały już śpi, czy też biega po samolocie rozbawiając wszystkich dokoła.

Przed chwilą tuliła i całowała mężczyznę. Wysoki, lekko przygarbiony, o posturze niedźwiedzia, odszedł w kierunku AirTrain, ciągnąc za sobą walizkę. Nie chcę patrzeć jak znikasz za security check point, powiedziała wcześniej, pożegnajmy się tutaj. Wolę sobie wyobrażać, że jedziesz kolejką na Long Island. Odjechały już trzy pociągi, a oni nadal bujali się w uścisku, co chwila spoglądając sobie w oczy. Szepnął jej coś do ucha, ona się uśmiechnęła, odwróciła na pięcie i zbiegła w dół, na peron metra. Teraz siedzi i płacze, raz po raz spoglądając przez ramię, być może w nadziei, że zobaczy go biegnącego po schodach w jej kierunku. Postura niedźwiedzia nie pojawia się jednak przez kolejne minuty. Wsiada zatem do E. Siada i wciąż płacze, a po jej twarzy błądzi uśmiech i oczy pobłyskują szczęśliwością.
Obserwuję ją ukradkiem od piętnastu minut. Nie wiem, czemu jej zazdroszczę.

Dieta

4 komentarzy

Czym się żywisz?
Słowami. Pisanymi do mnie i dla mnie. Szczerymi, najlepszego sortu i najwyższej jakości. Przyrządzonymi najchętniej na ciepło, starannie, z pasją i sercem, ze szczyptą słodko-ostrych partykuł do smaku; podanymi w niekoniecznie wykwintnym, ale dobrej jakości serwisie i przybranymi gdzieniegdzie gwiazdkami, kropkami i nawiasami.
A na deser? Rozmowa?
Rozmowy bywają kłopotliwe, rozwlekłe, dygresyjne i zbyt najeżone przydługimi chwilami milczenia. Zdecydowanie bardziej smakuje mi słowo pisane, które można sobie dawkować w każdym momencie, bez ograniczeń.
Ryzyko?
Uzależnienie, w które łatwo popaść, a z którego trudno się wyleczyć.

Zima nie odpuszcza. Po cieplym weekendzie mrozny i bardzo wietrzny poczatek tygodnia. Zima nie mija, ale mnie nie udalo sie jeszcze zrobic zdjec zasniezonego Central Parku. Z. prosi o nie w kazdym mailu. Szczerze mowiac, mam nadzieje, ze nie bede miala juz ku temu okazji w tym sezonie. Wole wyslac mu zdjecia z wiosennego Central Parku. Albo jeszcze lepiej: isc z nim znow na dluuuuugi spacer po kwitnacym Central Parku, co jest coraz bardziej prawdopodobne.
Tymczasem w pracy nosze coraz wiecej czapek, bo dzial sie rozrasta, a pracodawca oszczedza na etatach. Czapki coraz bardziej wymyslne i tak samo niewygodne. Kusi jeszcze Las Vegas w czerwcu i nowy spektakl Cirque du Soleil, ruletka i klub Jet w Mirage, ale nie wiem, czy dotrwam. No, chyba, ze K. bedzie czesciej przynosila do pracy sangrie (zawierajaca ponoc 95% soku, w co nie chce mi sie wierzyc po trzech pierwszych lykach) i serwowala ja w styropianowych kubeczkach na lunch i podwieczorek tylko tym wtajemniczonym w jej nalog i zerwane obietnice postne.

Ale wlasnie z gazety.pl dowiaduje sie, ze koszt zycia w Warszawie jest tylko o 20 proc. nizszy niz w Nowym Jorku. Co za ulga, ze nie jest to wylacznie moja obserwacja. Bo ja to miasto bezwarunkowo uwielbiam.

Nudni sprzedawcy diamentów mają brzuchy, niebieskie lub w paski koszule na spinki, kiepsko ostrzyżone włosy, mizerne poczucie humoru i z samego rana piją diet coke. Wyściskują na przywitanie trącone zębem czasu właścicielki sklepów jubilerskich z południowych stanów, bo tylko te dają się wyściskiwać prawie obcym facetom o dużych brzuchach i kiepskich fryzurach.
Nudni sprzedawcy diamentów uważają się za genialnych salesmanów i po każdej udanej transakcji ukradkiem zacierają dłonie o zadbanych paznokciach. Na koniec dnia przybijają piątkę ze wszystkimi współ-sprzedawcami i wypowiadają motywujące „Thank you, dude. We did great.” Na serdecznych palcach lewej ręki noszą obrączki z białego złota i na rocznicę ślubu kupują swoim żonom diamentowe naszyjniki. Pracowity dzień targów kończą w barze, gdzie według zasady „let it go” albo „take it easy” czy też „relax, you deserve it”, shoty tequili popiją BudLite’em, a potem podrywają rzadkie w tej branży kobiety z konkurencyjnych firm. Zasypiają w hotelowych king size łóżkach śniąc, w zależności od nastroju i utargu, o krociowych bonusach albo pękniętych diamentach.

If I killed someone, you’d be the one I’d call to ask for help hiding the corpse.
If you lived in NYC, you’d be my emergency contact person.
If I found out I’m pregnant you’d be the first one to know. And – maybe, but maybe – the last.
If I… If you…
You’re my person.
So don’t be surprised that I’m five inches above the floor these days.


  • RSS